okrywa

Pokrywa mnie wpisów białość liter.

Podnieca mnie, zieloność czy ciemność oczu.

Wstałem rano, gdy szedłem w kierunku zachodu
nie odszedłem daleko, ledwie metrów kilka
gdy w niebie dziura się stała, pełna samego
uczucia skrytego, gdzie niczego nie tego
czego bym chciał, rybka w myślach mego
odnóża, gdzie woli było więcej niż skrawków doli
w dole pełnym niedoli
i nie dążę już, w kierunku mych pomylonych
Ludzi zniewolonych.

Myśli zajebanych, siekierą ostrza bladą mistrz nie daleką
co gdzie nie w dole to w średniości się zajebie
czy też w nie małości odległości ujdzie w tłoku i przejedzie
po gruzach ciał wydalonych skowytach
i nie odda interpunkcji, właściwością swą w pikietach
gdyż ma w dupie, wasze skowyty i błagania obsranych niedoskonałych
obiboków wykurwiście zajebanych.

Odjebcie się, kurwa jebańcy zajebani
w swe trasy zakręcone i swe dole odwalone

Nie ja, waszmy spatkobiercą, bólu i potępnienia
Matki i przyjaciele wasi, obsłuchają wasze zbolałe kończenia
historii w chuj oblepianych i z dupy wyrywanych.

Odejdź i ta, która do naturalnego wróciła, kiedym ja Cie kochał
i kiedy ja Cię nigdy kochać nie przestał.
Wyjdź, przejdź odejdź bo patrzeć ja nie skłonny
choć w mych myślach tona mega-ton trotylu się wymienia mocy
wydającej miliony istnień ludzkich.

I to wszystko, bowiem pokochać się dałaś,
to daj się odkochać.

__________
A nie kochać nadal..

Opublikowane w: on 28 maj, 2009 at 12:34 am Dodaj komentarz

Adres URI TrackBack do wpisu to: http://thesilus.wordpress.com/2009/05/28/okrywa/trackback/

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu.

Leave a Comment